fbpx

Voigtländer Nokton Classic 40 mm f/1,4 MC – nie testujcie tego szkła

21 października, 2020
0 Comments

Zamiast testu powinienem napisać zdanie:

Test zakończyła skierowana do dystrybutora prośba o fakturę za szkiełko, które pozostało w mojej torbie niemal przyspawane do aparatu.

To chyba wiele mówi, prawda? Zacząłem nawet podejrzewać, że to jakaś strategia sprzedaży w FOXFOTO: Pytasz o jakiś obiektyw do testu, a oni wysyłają Ci taką listę dostępnych, czy też wkrótce dostępnych obiektywów, że oczy Ci się świecą. Oni tam i tak wiedzą, że jak już się pobawisz, to nie będziesz chciał oddać i będziesz wolał wysłać przelew, niż pozbyć się Voigtländera.

I ma to sens!

Voigtländer Nokton Classic 40 mm f/1,4 MC na Canonie R.

To szkiełko (trudno nie używać zdrobnienia) można określić mianem biżuterii fotograficznej. Taka misternie i wykonana zatyczka do aparatu o wadze 175 gramów. Przypnij to po Sigmie Art 85 czy nawet 35 i masz wrażenie, że trzymasz w dłoniach sam aparat, bez szkła. Ręce odpoczywają, ale umysł pracuje więcej. Bo musi.

Od dawna, od rozstania z Sigmą 50 mm 1,4 DG (nie Art) i Canonem 50 mm 1,4 USM, szukam sobie jakichś alternatyw między 35 a 85 mm. Alternatyw manualnych, nie klockowatych, wygodnych w użyciu i łatwych do zabrania ze sobą nawet wówczas, gdy nie planuję zdjęć i nie chcę dźwigać bagażu.

Przegrał w tej walce Zeiss Planar 50 mm ZE 1,4, który pomimo świetnej współpracy z R przez adapter (przysłona sterowana z body i dane w exif – Vojtek tego nie daje) poszedł w świat bez żalu z pierwszym lockdownem. Testuję obecnie także Summiocrona Leitz Canada 50 mm f2 i szkło to zacne, ale jest tak… rzetelne i nudne, że trudno się w nim zakochać. Ta Leica mnie w sobie nie rozkochała.

Voigtländer Nokton 40 mm f/1,4 był na liście planowanych zakupów od roku, kiedy to pewna klientka na jednej szczególnej sesji uzmysłowiła mi mimowolnie, że czegoś (w sensie optyki) mi brak. I jakoś czułem, że to będzie ten Vojtek, o którym niegdyś się naczytałem, ta ogniskowa. Ale go nie kupowałem. Wolałem najpierw przetestować. Przeczucie wydaje się dość irracjonalnym postępowaniem w doborze optyki, al emnie sprawdziło się kolejny raz. Warto wspomnieć, że żaden ze mnie badacz powiększeń, analizator kształtu bokehowych kółeczek i miernik winiet. Nie fotografuję banknotów, by analizować powiększenia.

Mnie się po prostu czymś dobrze pracuje, lub nie, efekt mnie zadowala lub nie. Jeśli nie, szukam dalej.

Jak nie pokochać tego obiektywu za bokeh? W tle żwir, na którym stoi pozująca Karolina.

40 milimetrów to niesamowicie „kręcąca” i praktyczna ogniskowa, która można ogarnąć… wszystko. Ciekawe, że zawsze myślałem tak o 50 mm.  Niby to samo można powiedzieć o 35 mm (używam Arta F1,4 Sigmy), ale 40 mm nie ma tej deformacji, tego przerysowania będącego niesamowitą plagą obecnej fotografii ślubnej i nie tylko. Naturalniejsze pole widzenia 40 mm od razu przekonało.

40 mm Voigtländer to precyzyjne narzędzie, którym ja akurat musiałem się nauczyć cieszyć i pracować. I uczę się nadal.

Pierwszą wadą tego szkła wydaje się odległość ostrzenia – 70 cm! Szkło aż prosi o to, aby można było sfotografować coś z bliska uwydatniając niesamowite bokeh. Ale nie ma tak łatwo, prosto i efekciarsko. Duża odległość ostrzenia mnie przynajmniej zmusza do myślenia o kompozycji kadru. I dobrze, bo to nie jest szkło do automatycznego pstrykania.

Ta sesja przekonała mnie do Voigtländera.

Pewne obawy budziło we mnie w pełni manualne ostrzenie bez cyfrowego klina (używalnego w Zeissie ZE, czy szkłach z AF przełączonych w MF). Tu go w Canonie R nie ma, bo nie ma elektroniki. Trzeba ręczne ostrzenie opanować albo sobie przypomnieć. A najlepiej wyciągnąć sobie pod jakiś dostępny w aparacie guzik powiększenie, aby zweryfikować czasem dokładność z jaką płaszczyznę ostrości oznacza focus peaking, zwłaszcza na pełnej dziurze. Ale warto oddać ostrzeniu potrzebny mu czas i się do niego przyzwyczajać. Tak samo jak warto więcej popracować przysłoną, co w czasach estetyki fotografii pełnodziurowej daje mniej oklepane efekty.

Ergonomia tej drobinki wydaje się wyzwaniem, ale tylko do chwili, w której zanim przypnie się Voigtländera do aparatu. Potem okazuje się, że małe „wypustki” na pierścieniu przysłony i miejsce na palec na pierścieniu ostrzenia (filmowcy widząc je są zapewne zachwyceni) to genialne posunięcia projektantów. Genialne i niezbędne, bo bez tego nie dałoby się tym szkłem pracować.

Szkiełko na F 1,4 nie jest do golenia: nie jest nieostre i nie jest ostre:

Tutaj jest nieostro, ale...
F1,4

Mnie osobiście ta „miękkość” nie przeszkadza i czyni szkło wyjątkowym, odmiennym od brzytw Sigmy, na których od lat pracuję.

Robiąc zdjęcia Voigtländerem nie notowałem wartości przysłony, więc zdjęcia ilustrujące ten tekst, nie są dokładnie opisane. Lubie Vojtka odrobinkę przymykać i patrzeć na to, co się wtedy dzieje. A dzieje się dużo, dzieje się ostro, a nieostrości są po prosty piękne.

Nawet jeśli wpuścimy światło prosto w obiektyw (oczywiście kontrast nieco leci), to można ładnie pobawić się tym co wpadło:

Słońce w obiektywie.

Przymknięcia do 2 a nawet 2,8 nie likwiduje winiety, koryguje ją nieco, myślę, że koło F4 jest bezwinietowo. Ale już tak mniej więcej na 2,8 można liczyć włoski rzęs.

Bokeh!!!
Pozował Wiesław.

Dystorsja jest delikatna, dla mnie pomijalna.  Aberracja też nie robi mi nic złego

Voigtländera potestowałem na dwóch sesjach z Karoliną i Emilią i na jednej sesji ślubnej. Po sesji z Karoliną, z której jest tu najwięcej zdjęć (a jeszcze więcej TUTAJ), byłem pewien, że go biorę. Potem zabrałem go na komercyjną sesję ślubną. Przed kupnem poprosiłem jeszcze o pozowanie Emilię, efekty w TYM linku i poniżej:

Mam nadzieję, że widać na moich na zdjęciach choć część możliwości tego szkiełka. Wkrótce podlinkuję tutaj obszerniejsze materiały z tych sesji.

Lubię to otulające tło.

Puenta?

Tak naprawdę Voigtländer jest przypięty niemal non stop do body i jest przy mnie prawie zawsze. Stał się szkłem podstawowym. I to chyba największy z mojej strony komplement dla tego obiektywu, który naprawdę wpływa na moje zdjęcia, zamiast tylko ułatwiać zarabianie na nich. To ułatwianie zarabiania na fotografii jest, moim osobistym zdaniem, rolą większości kupowanej przez ludzi żyjących z fotografii optyki.

Voigtländer to jednak szkiełko przeznaczone, w moim subiektywnym odczuciu w moim fotografowaniu, do czegoś więcej, do nauki, nauki myślenia i kształtowania wrażliwości na rzeczy inne niż rozdzielczość i łatwość.

Pozowała Emilia.

Podobno to szkiełko od którego, m.in. przez dostępność cenową i uniwersalność, zaczyna się przygodę z Voigtländerem. Przygoda zapowiada się pięknie. Ale nie wiem czy testowanie kolejnych obiektywów tej marki to dobry pomysł dla mojego budżetu…


Resume:

Zalety:
– obrazek
– bokeh
– ergonomia
– waga
– uroda
– cena

Wady:
– niezbyt ostry na 1,4
– brak jakiegokolwiek futerału w zestawie
– brak osłony przeciwsłonecznej w zestawie (koszt oryginalnej – 250 zł, ale ersatz mam za 40)

Pozowała Emilia.



Pozowali:
Kasia i Paweł na zdjęciach ślubnych.
Wiesław Dębiński
Karolina Zdunek
Emilia Tsarakhov


Dziękuję Wam wszystkim za pozowanie i zgodę na wykorzystanie zdjęć.

Wszystkie fotografie wykonane Canonem R.